czwartek, 19 października 2017

Perswazje, Jane Austen

Nie będę ukrywał - do ponownej lektury "Perswazji" zdopingowała mnie Marta z "Leżę i czytam". To co przeczytałem u niej na temat ostatniej powieści Jane Austen sprawiło, że zwątpiłem w swoją pamięć, bo zapamiętałem książkę jako nudny jak flaki z olejem, schematyczny romans z życia angielskiego ziemiaństwa z początków XIX wieku. Przeczytałem więc "Perswazje" ponownie i okazało się, że pamięć mam bardzo dobrą. Nic się nie zmieniło.

Rozumiem oczywiście, że książka podoba się paniom - nic w tym dziwnego, wszak jej tematem jest miłość, a w finale główna bohaterka (nie tylko zresztą ona) osiąga cel życiowy i wychodzi za mąż. Okazuje się, że dwa stulecia, feminizm i gender w gruncie rzeczy niewiele zmieniły. Świat nie zmienił się tak bardzo i romanse ze szczęśliwym zakończeniem ciągle są w cenie.


Pozostaje natomiast zagadką dlaczego "Perswazje" miałyby być uznane za najwybitniejszą powieść Austen. Na czym miałaby polegać ta wybitność? Na pewno nie na tematyce i sposobie jej potraktowania. Nie ma tu nic nowego w stosunku do wcześniejszych powieści Austen, to samo tło, wiejskie dwory, przejażdżki, wizyty i to samo towarzystwo. Podobno wyróżniają się "subtelnym i wnikliwym rysunkiem psychologicznym głównej bohaterki" - czyżby? Nie dajmy sobie wciskać ciemnoty w biały dzień i spróbujmy przyjrzeć się Annie Elliot, dwudziestosiedmioletniej pannie, która w wieku dziewiętnastu lat "odpaliła" narzeczonego za namową przyjaciółki rodziny, robiąc to zresztą dla jego dobra (sic!). Na czym polegało dobrodziejstwo zerwania zaręczyn dwojga kochających się młodych ludzi pozostanie na zawsze tajemnicą Anny i Jane.

Lata mijają ale panna Elliot niewiele zmądrzała. Ewidentnie ma problem bo historia sprzed ponad siedmiu ciągle się w niej jątrzy.Można zrozumieć, że w jej ograniczonym światku trudno znaleźć sobie jakieś zajęcie, które pozwoliłoby zapomnieć o problemach (ciekawe, czemu Anna nie poświęca na przykład czasu ubogim), a romantyczne wzorce literacki, którymi napakowała sobie głowę niekoniecznie muszą sprawdzać się życiu. Stąd pustką i jałowością życia można tłumaczyć fakt, że przeżywa perspektywę spotkania z ex-narzeczonym. Bądźmy jednak szczerzy, cóż to za perspektywa?! - wszak ona będzie mieszkała już zupełnie gdzie indziej, a i wcale nie jest takie pewnie kiedy i czy w ogóle on przyjedzie. No, ale jeśli posiada się wrażliwość mimozy...

Zaraz, zaraz, jaka wrażliwość mimozy?! Przecież bez problemów mieszka w domu mężczyzny, któremu też dała kosza, a który w dodatku ożenił się z jej młodszą siostrą. Tu Anna okazuje stoicki spokój nie dostrzega, hm, pewnej niezręczności sytuacji. Ale na tym może właśnie ma polegać "subtelność i wnikliwość rysunku psychologicznego głównej bohaterki".

Albo znajomość ludzkich charakterów i stosunek do ludzi. Niech języczkiem u wagi będzie pani Clay, której Anna nie znosi. Co ma jej do zarzucenia - o, bardzo poważne wady. Otóż pani Clay, ma za sobą nieudane małżeństwo, dwójkę dzieci a na dodatek piegi, grube przeguby i wystający ząb. Ciężka sprawa (ale chyba nie musiało być źle, skoro niezorientowana w sympatiach i antypatiach Anny, pani Smith twierdzi, że pani Clay jest ładna), no i nie zapominajmy, że jest miła dla wszystkich. Najważniejsze jednak, i to jest jej główna wada - ciąży na niej podejrzenie, że chciałaby wyjść za mąż za ojca Anny. Grzech nie do wybaczenia! Co prawda nie ma na to żadnych dowodów ale już same podejrzenia wystarczą by ją za to znielubić. Jak ona śmiała! Nie wątpię, że to jeden z rysów "subtelnego i wnikliwego rysunku psychologicznego głównej bohaterki".

I można tak jeszcze, jeszcze. Nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać, gdy Anna zestawia swoją sytuację z położeniem Jamesa Benwicka. Ona wiele lat temu dała kosza narzeczonemu, jemu kilka miesięcy temu zmarła narzeczona, prawda jakie adekwatne zestawienia. Nie miejmy złudzeń, które z nich może czuć się gorzej, przecież Anna to rozstrzygnęła "on nie ma chyba w sercu większej żałości niż ja. (...) Otrząśnie się jeszcze, znajdzie szczęście z inną." Czyż to nie subtelne i wnikliwe? - kto by pomyślał, ale faktycznie, jeśli się zastanowić, to cóż to jest śmierć w porównaniu z zerwanie z narzeczonym?

Albo recepta panny Elliot na udane szczęśliwe małżeństwo "I jedna, i druga strona ma dobre zasady i miłe usposobienie". I już! Tak, to nikt nie wiedział, że na tym to polega - zapewne dlatego, że daleko mu jest do subtelności Anny. Dziwne, tylko że sama nie chciała skorzystać z tej odkrywczej recepty. Ale któż może zrozumieć kobietę?!

Nie ma co ukrywać, cecha, której "Perswazje" mają zawdzięczać swoją "wybitność" to balon ze sprężonym powietrzem, nawet ujęcie kwestii, powiedzmy, protofeministycznych dalekie są od "oświeconego feminizmu" i u jednych pewnie wywołują uśmiech, a u innych irytację. To ładnie, że oprócz co tydzień nowych bestsellerów wraca się po takie starocie, ale nie dajmy się zwariować, to że książka ma swoje lata i wyszła spod pióra znanej pisarki, jeszcze o niczym nie przesądza. Ważne jest nie tyle kto, lecz co napisał.  

niedziela, 8 października 2017

Za drutami śmierci, Abram Kajzer

Literatura obozowa ma specjalny status. Jest zarówno świadectwem ludzkich cierpień, jak i pomnikiem ofiar zbrodni niemieckich i rosyjskich (w "odmianie" łagrowej). O ile w czasach PRL-u temat łagrów był w oficjalnym obiegu tematem zakazanym, to nie dotyczyło to przecież zbrodni niemieckich a jednak okazało się, że o ile jedni autorzy byli po wielokroć wznawiani, to niektórzy doczekali się tylko jednego wydania  i zagadką pozostaje dla mnie, co było kryterium wydawniczych decyzji. W przypadku książki Kajzera z pewnością nie był to ani brak wiarygodności czy brak walorów literackich.

Daleki jestem od spiskowej teorii dziejów ale mam wrażenie, że "Za drutami śmierci" okazało się zbyt obrazobórcze dotykając zagadnień, które stawiały ofiary w bardzo dwuznacznym świetle, oględnie rzecz ujmując. Zanim jednak do tego przejdę, należy się kilka słów wyjaśnienia, z czym mamy do czynienia. Otóż książka Kajzera jest czymś wyjątkowym, stanowi bowiem w znacznej części dziennik łódzkiego Żyda pisany na bieżąco w obozie (pozostałą można określić jako wspomnienia), który w sierpniu 1944 roku został przywieziony do Oświęcimia a potem do Rogoźnicy. Zapiski zostały przetłumaczone oraz opracowane przy współudziale autora i praca nad nimi zakończyła się po dwóch latach, w 1949 roku. Na wydanie książki trzeba było czekać jeszcze trzynaście lat. 


Świadomość tego, że mamy do czynienia z osobistą relacją nieprzytłumioną przez upływ czasu potęguje wrażenie jakie wywołuje i co tu dużo mówić, utrudnia pisanie o niej. Nie można bowiem oczekiwać jasności wywodu i żelaznej logiki od kogoś kto przeżył to co Kajzer. On sam wyraźnie zaznacza odrębność doświadczeń obozowych, od tego z czym mamy do czynienia w normalnym świecie - "Cóż wiemy o sobie nawzajem, o tym, co się dzieje na dnie duszy każdego z nas? A cóż dopiero może wiedzieć człowiek, który tu nie był, który nie widział  tych wszystkich chorych, leżących nago w zimnej hali fabrycznej i oczekujących śmierci jak wybawienia, który nie widział tych ludzi pełzających, jęczących i kurczowo trzymających się życia, nie widział tych, co już nie mają nawet tyle siły, aby strącać pchły i wszy pożerające ich żywcem... Tych konających z wyczerpania i pragnienia, w katuszach głodu, poniewierki, samotności, nie umiejących znaleźć odpowiedzi na pytanie, za co i dlaczego muszą umierać... ".

To co zwraca uwagę w "Za drutami śmierci", to zdumiewająca postawa Żydów wobec śmierci. Kajzer opisuje zbiórkę w bloku więziennym, kiedy to dopiero co przybyłych, półtora tysiąca mężczyzn terroryzuje... trzech (w tym dwóch więźniów) za pomocą drewnianych pałek. Rzecz normalnie nie do wyobrażenia. Jedynym przejawem niezgody na obozowy terror jest myśl o samobójstwie - nie chęć zemsty, odwetu, rewanżu czy jak to nazwać ale tylko własnej śmierci. Drugim aspektem, który jest mocno akcentowany to współuczestnictwo Żydów w terrorze, pisze o tym wprost - "szczególnie przygnębiająco działa fakt, że nasi współrodacy, Żydzi, tacy sami jak my, którzy prawdopodobnie przebywają tutaj już od dłuższego czasu, są nie mniej okrutni od esesmanów." Nie umniejsza, to oczywiście, faktu zbrodni niemieckich i zasadniczej odpowiedzialności Niemców - "z zasady Niemcy nastrojeni są agresywnie, a serca ich niedostępne są uczuciu sprawiedliwości lub litości, więc błąkający się więzień z reguły zostaje zmaltretowany, padając ofiarą ich wściekłości i brutalnej siły, którą tak łatwo wyładować na bezbronnym" ale ze świadectwa Kajzera jasno wynika, że Żydzi w równym stopniu co Niemcy byli winni jego cierpień.

To krytyczne spojrzenie na własnych pobratymców jest tym co rzuca się w oczy od początku i przewija się przez całą książkę i nie niczym nowym. Znamienne jest, że "sprawiedliwość" wymierzana policjantom z łódzkiego getta budzi opór Kajzera tylko dlatego, że wykonywana jest z niemieckim "błogosławieństwem" co, nawiasem mówiąc, rzuca światło na działalność Chaima Rumkowskiego, która swego czasu była przedmiotem ożywionej dyskusji.

Owszem, nie ma wątpliwości co do wyjątkowość sytuacji w jakiej wszyscy się znaleźli i która stanowi wyjaśnienie ludzkich czynów - "Myślę, że trzeba wybaczyć wszystkim, którzy w obozie spodlili się skutek katuszy i głodu. Sądzić ich nikomu nie wolno prócz tych, który żyli w takim samym piekle. Prócz nas nikt nie zrozumie i nie będzie wiedział do czego może doprowadzić głód i nieustanne znęcanie się nad człowiekiem." Tyle tylko, że więźniowie funkcyjni nie spodlili się w wyniku katuszy i głodu, oni chcieli ich uniknąć i dlatego, niejako profilaktycznie katowali swych towarzyszy i okradali ich z jedzenia skazując na męczarnie głodu - "(...) pies przyszedł do obozu z kością w pysku. Otoczyła go zaraz grupa Häftlingów, którzy znajdowali się w pobliżu. Stali bezradni i z zazdrością spoglądali nie tyle na psa, ile na ogryzioną przez niego kość. Podejść bliżej nikt nie śmiał, ale psa otoczyli i cierpliwie czekali, aż skończy swoją ucztę i porzuci ogryzioną kość."

Okazuje się zresztą, że w wielu przypadkach w ogóle nie ma konieczności wyboru: życie innego człowieka albo moje życie. Nie jest nią przecież okradanie z żywności chorych więźniów przez lekarza, który powinien nad nimi sprawować opiekę, czy bicie tylko we własnym, że tak powiem, więziennym gronie, to raczej kwestia natury człowieka, z którego, tak jak w "Jądrze ciemności" Conrada w "sprzyjających" okolicznościach wychodzą na jaw jego najgorsze cechy, w normalnym świecie skrywane w "zakamarkach duszy". 

środa, 4 października 2017

Wieś, Iwan Bunin

Niedawno robiłem test na znajomość, nawet nie literatury rosyjskiej, ale tylko nazwisk jej twórców. Zwykle kończyło się na dwóch-trzech nazwiskach: Tołstoj, Dostojewski, Bułhakow. Okazuje się, że Achmatowa, Błok, Czechow, Gogol, Gonczarow, Gorki, Gumilow, Jesienin, Kryłow, Lermontow, Majakowski, Mandelsztam, Pasternak, Puszkin, Szołochow i Turgieniew to terra incognita. Nie mówię już autorach pokroju Gajdara, Katajewa, Makarenki, Polewoja czy Rybakowa. Wygląda na to, że cztery dekady powojennej rusyfikacji w szkołach w czasie prlu przeszły zupełnie bez echa. Dzisiaj pewnie do pierwszej trójki można by doszlusować Akunina i Marininę i tyle. Tak wygląda percepcja literatury rosyjskiej na wolnym rynku. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, może to po prostu oddaje rzeczywiste miejsce literatury rosyjskiej w powszechnym odbiorze. 


Nie muszę chyba dodawać, że na liście wielkich nieobecnych znalazł się też i Iwan Bunin, "nie uratowała" go nawet literacka nagroda Nobla, ale to, że coś nie istnieje dla pokolenia gimbazy w gruncie rzeczy można uznać za pozytywny wyróżnik i świadectwo literackiej jakości. Po raz pierwszy czytałem "Wieś" jeszcze w czasach licealnych, a jej powtórna lektura potwierdziła to, co już i tak wiedziałem, że istnieje przepaść pomiędzy „młodzieńczym” a „dorosłym” odbiorem. To co wcześniej wydawało mi się tylko ponurym obrazem rosyjskiej wsi, zadającym kłam mitowi „duszy rosyjskiej” tak rozsławionym przez Tołstoja i Dostojewskiego okazuje się być alegorią Rosji. Jeśli Gogol pytał w "Martwych duszach" - "Dokąd pędzisz Rosjo (...)?", to Bunin dał mu odpowiedź retorycznie pytając - "Boże miłościwy! Zabili Puszkina, zabili Lermontowa... Utopili Pisariewa... Powiesili Rylejewa... Dostojewskiego ciągnęli na rozstrzelanie... Gogola doprowadzili do szaleństwa... A Szewczenko? A Poleżajew? (...) O, Boże, czyż jest jeszcze gdzie na świecie taki kraj, taki naród przeklęty?". 

We "Wsi" nie ma żadnej rosyjskiej duszy - jest chciwość, odrażająca nędza i prymitywizm idące o lepsze z obrazami Zoli - "Zajrzał do wnętrza i w półmroku zobaczył piec, nary, stół a na ławie pod oknem - korytko trumienki. Leżało w nim martwe dziecko o dużej, prawie nagiej główce i sinawej twarzyczce... Za stołem siedziała gruba ślepa dziewka i wielką drewnianą łyżką wyławiała z miski rozmoczone w mleku kawałki chleba. Muchy, niby pszczoły w ulu brzęczały nad nią i łaziły po twarzyczce trupa, a potem wpadały do mleka, ale ślepa, siedząc prosto jak statua i wybałuszając w ciemność zaszłe bielmem oczy, jadła i jadła...". Trudno jakoś dopatrzeć się w tym natury ludu "bogolubca". 

Bunin pisze tak, że z jego opowieści nie płyną oczywiste morały, nie da się "Wsi" zgrabnie spuentować jednym czy dwoma zdaniami. W swojej opowieści o życiu dwóch braci, wiejskiego bogacza, self-made mana i pół inteligenta, przedstawia ponurą diagnozę bez recepty na uzdrowienie czegokolwiek. Dla jednego z nich wieś jest więzieniem, z którego pragnie się wyrwać, dla drugiego ostoją, w której może znaleźć upragniony spokój. Ale to tylko złudzenie - wiejskie życie okazuje się ani tym ani tym, a próba naprawienia, na odchodnym, wyrządzonych kobiecie krzywd niczego tak naprawdę nie naprawia. 

Bo w tym świecie kobieta i dzieci, jako najsłabsze, są na samym dole drabiny społecznej, o ile dzieci mają jeszcze jaką szansę by zmienić swój status bo przecież wyrosną ze swego wieku, to kobieta już nie, całe życie będzie tą najsłabszą. Jedyne co jej pozostaje to pogodzić się z losem i poszukać złudnego ratunku w małżeństwie, w statusie jaki daje bycie gospodynią na swoim. Ale o ile braciom Krasowom perspektywa opuszczenia wsi daje jakąś nadzieję, to Jewdokia w gruncie rzeczy takiej nadziei nie ma, doświadczyła przecież już tego stanu i widzi też jak to się kończy u innych. Jej wybór to wybór "mniejszego zła", który w dodatku może okazać się błędem i dlatego mając tego świadomość jest bezwolna i godzi się na małżeństwo, które dla niej zaaranżowano. Tak już jest, tak widocznie musi być, tak jak słońce wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie i nic się na to nie poradzi. Ona to wie i przyjmuje to z rezygnacją. Lepiej już mieć nawet choćby złudną ochronę niż żadnej. 

Cóż, ponura historia, która nie wiadomo jak się skończy, zdecydowanie dla tych którzy cenią dobrą literaturę. Miłośnicy prozy w stylu Katarzyny Michalak i Danielle Steel powinni Bunina omijać szerokim łukiem. . 

środa, 20 września 2017

Awantury kosmiczne, Edmund Nizurski

Nie wiem czemu Edmund Niziurski zmieniał drugą część trylogii odrzywolskiej, bo pierwotna wersja – „Awantury kosmiczne” zmian nie wymagała i śmieszy do dzisiaj. Wiadomo, jak to z książkami Niziurskiego, oparcie się na realiach lat 70-tych nie pozostaje bez konsekwencji i to co było oczywiste dla pokolenia rodziców, a może i już dziadków, dla współczesnych dzieci wymaga już komentarza. W porównaniu jednak ze starszymi powieściami nie ma tego dużo.


Niziurski obraca się wokół doskonale znanych i sprawdzonych motywów we wcześniejszych książkach (redaktorzy szkolnej gazetki, woźny, „śledztwo”, motyw snu) ale nie ma się wrażenia wtórności. Sprawdza się również jego recepta na przykucie czytelnika do książki – wartka akcja, humor sytuacyjny i odwołujący się do ówczesnego języka oficjalnego. Ale Niziurski wychodzi też poza „żelazne punkty” swoich powieści dla młodzieży. Obok bowiem standardowych, męskich spraw czyli konfrontacji „bandy z bandą” pojawia się wątek relacji damsko-męskich w młodzieńczym wydaniu. I nie wiem, czy nie jest to najciekawszy element powieści – w każdym razie wg mnie opis „adelowania” należy do najlepszych fragmentów książki.

To nie takie częste by nastolatek zaliczający się do „młodszej młodzieży” mógł jakoś skonfrontować własne, pierwsze i nieśmiałe „zapały” miłosne. Mam wrażenie, że mimo upływu czasu, od pierwszego wydania książki niewiele się w tej mierze zmieniło. Pierwsze uczucie ciągle jest przeżyciem dla kolejnych pokoleń nastolatków a i starszy czytelnik pewnie się uśmiechnie na wspomnienie własnych konkurów niezależnie od ich rezultatu. Pokazanie „męskiego” punktu widzenia, pełnego zrozumienia dla męskiej części czytelników niewątpliwie jest wartością dodaną "Awantur kosmicznych" – to przecież temat, który dzieciom trudno poruszać nawet wśród rówieśników, szczególnie więc cenne jest możliwość zestawienia własnych pragnień i doświadczeń z tym, co bardzo realistycznie przeżywają bohaterowie powieści. 

Relacje z dyrektorem szkoły czy woźnym, śledztwo dotyczące tego drugiego, owszem napędzają akcję ale w gruncie rzeczy stanowią tło dla tego co najważniejsze, czyli miłosnych perypetii narratora. I choć dziecięcy czytelnik (płci męskiej) jakoś się z nim identyfikuje, to przecież trudno mu zamknąć oczy na fakt, że podobnie jak i jego przyjaciele daleki jest on od wzorca z Sèvres szkolnego supermana ale paradoksalnie te niedoskonałości bohaterów sprawiają, że przez to stają się oni bardziej wiarygodni.

Ale moją uwagę zwróciły inne, dwie rzeczy. Pierwsza; Niziurski, jak to on, żartobliwie zwraca uwagę na pominięcie w literaturze pracy woźnego ale po lekturze "Awantur kosmicznych" nasunęła się refleksja, że to niekoniecznie musi być tylko żart. Pamiętamy naszych nauczycieli, często nawet tych z którymi mieliśmy dwie lekcje w tygodniu a co z ludźmi, których spotykaliśmy codziennie przez wszystkie lata szkolne? Pamiętamy, sylwetkę, twarz ale chyba nikt więcej – kto wie jak nazywał się woźny w jego szkole? Trochę to smutne…

I druga uwaga; wiadomo, powieści Niziurskiego osadzone są w realiach lat, w których powstawały, opowiadają o świecie młodzieży stanowiącym jakby wykrzywiony wizerunek świata dorosłych. W "Awanturach kosmicznych" są jednak momenty, w których karykatura pobrzmiewa całkiem serio. Kiedy Okist jr, mówi o pracy redaktora gazety "albo piszemy to, co naprawdę myślimy i czujemy, albo gazeta nie ma sensu", a jego mama puentuje rolę kobiet i mężczyzn - "ci dzisiejsi mężczyźni! Wszystko spychacie na nasze głowy! Kieruj wszystkim, walcz o wszystko, stój w kolejkach, płać rachunki i jeszcze zajmuj się domem, och, my kobiety współczesne!" to nie brzmi to jak satyra lecz jako całkiem serio spuentowana diagnoza zjawisk, z którymi bohaterowie Niziurskiego mają do czynienia. I nie jestem pewien, czy gdyby to była "poważna" książka dla dorosłego czytelnika, to uwagi te zostałyby przepuszczone przez cenzora.

Na szczęście, dzisiaj to już tylko ciekawostki, co prawda mało, albo w ogóle nieczytelne dla dzisiejszych dzieci, podobnie jak choćby "przezwyciężanie adelistycznego odchylenia" ale przecież budujące klimat powieści i sprawiające, że z kolei dorosły czytelnik ma szansę znaleźć w niej to, co przegapił kiedyś mając dziesięć, dwanaście czy czternaście lat. 

niedziela, 10 września 2017

Serce. Książka dla chłopców, Edmund de Amicis

W jednej z najlepszych książek dla "młodszej młodzieży", ever, miernikiem odporności na wzruszenia, obok "Śmierci Pułkownika" Adama Mickiewicza, "o tej dziewicy bohaterze, co gdy umierała, nawet stare wiarusy płakały", historii "o biednym garbusku i o tym Jasiu pani Konopnickiej, co nie doczekał" było "Serce" Edmunda Amicisa. Swoją drogą, podziwiam Żarłocznego Stefa, że dał mu radę bo sam miałem z nim trochę kłopotu. No ale pocieszam się myślą, że pół wieku temu Stefan miał łatwiej bo książka nie była takim anachronizmem jak obecnie, choć i wówczas zdawano sobie sprawę z tego Amicis może "zakatować" czytelnika bo lekturą szkolną były tylko dwa opowiadania miesięczne "Mały pisarczyk z Florencji" i "Od Apeninów do Andów".


Amicis swoją powieść przeznaczył dla chłopców w wieku od lat 9 do 13, dzisiaj to już abstrakcja. Opis szkoły i obyczajowości sprzed ponad 100 lat z grubym okładem podany ówczesnym językiem na dłuższą metę zupełnie nie przemawia do czytelnika. Pewnie dałoby się wyłuskać kilka opowiadań jak choćby pierwsze ze wspomnianych wyżej, które można jeszcze strawić ale raczej nie całość. Przyczyną tego stanu rzeczy jest w dużej mierze anachronizm języka, zapewne spotęgowany także tłumaczeniem Marii Konopnickiej oraz sposób przedstawienia wartości promowanych przez książkę.

"Serce" pisane jako dziennik ucznia trzeciej klasy ówczesnej podstawówki jest apoteozą tradycyjnych wartości m. in. takich jak: autorytet, posłuszeństwo i poczucie wdzięczności wobec rodziców i nauczycieli, współczucie dla biednych i doświadczonych przez los oraz patriotyzm. Z naszej perspektywy to zupełny "kosmos". Kto by dzisiaj podejmował w literaturze dziecięcej tak poważne tematy i to jeszcze na takim poziomie, który gwarantowałby przetrwanie książki dłużej niż trwa marketingowy szum. Od tej strony, przykro to mówić, Amicisowi nikt ze współczesnych, pożal się Boże pisarzy, którym wydaje się, że wystarczyło mieć piątki z wypracowań z polskiego by zostać autorem książki, nikt "nie podskoczy".

Nie da się jednak zaprzeczyć, że problemy które opisuje i/lub z którymi styka się narrator powieści, Henryk Bottini są "przedobrzone". Ten uczeń klasy trzeciej żyje pod permanentną presją w świecie zakazów i nakazów, w którym każda drobnostka jest wyolbrzymiana i przedstawiana w kontekście spraw ostatecznych. Choćby jakieś śmielsze odezwanie się do matki lub ojca, sprawia że czytelnik stawia oczy w słup, gdy czyta ojcowskie napomnienie; "Kocham cię, synu mój; ty jesteś najdroższą nadzieją mego życia; ale wolałbym widzieć cię umarłym niźli niewdzięcznym twej matce. Bądź zdrów!". Ale i reprymenda matki mu nie ustępuje; "Za każdym razem, kiedy ojciec będzie cię strofował, a jakieś niecierpliwe, złe słowo będzie się cisnąć na usta twoje, pomyśl o dniu i o chwili, która przecież niechybnie przyjdzie, gdy ojciec przywoła cię do swego łóżka, aby ci rzec: "Henryku, opuszczam ciebie!"".

I tak jest ze wszystkim widmo śmierci krąży wokół chłopca w prawie każdym liście i na każdy prawie temat. Memento mori! Ciągłe pouczenia - myślałby kto, że ten chłopak ich naprawdę wymaga. A przecież to normalne dziecko, które nie stwarza żadnych problemów wychowawczych a jednak bez ustanku jest karcone i pouczane, jakby dopuściło się nie wiadomo jakich przewinień. Ta dysproporcja pomiędzy dziecięcymi zachowaniami i niewspółmiernością roli jaką się im przypisuje, to jest coś co każe patrzeć na Amicisa jak na raroga.

Wartości, które głosi "Serce" przez aurę łzawości i patosu w jakiej są prezentowane, sprawiają że na dłuższą metę książka robi się niestrawna - dziecko ma kochać matkę bo je ojciec wyklnie? ma kochać ojca bo ten umrze? To się raczej nie sprawdza. Tak jak wezwanie z okazji Dnia Zadusznego - "Pomyślałeś ty kiedy o tych ojcach, którzy sobie skracają życie w ciężkiej pracy? O tych matkach, które przedwcześnie w grób idą, umęczone odmawianiem sobie wszystkiego, byle utrzymać swoich synów? Czy wiesz, ile ojców nóż sobie do serc wbiło nie mogąc znieść widoku nędzy swoich dzieci? Ile kobiet potopiło się, pomarło w rozpaczy, zwariowało straciwszy ukochane dziecko?". Makabra dzisiaj sprzedaje się tylko w opowieściach o zombie a nie dydaktycznych opowiastkach z życia szkoły dla dzieci z klas III - VII.

środa, 6 września 2017

Arka Czasu czyli wielka ucieczka Rafała od kiedyś przez wtedy do teraz i wstecz, Marcin Szczygielski

Nie ukrywam, że powieść o losach chłopca z warszawskiego getta przeznaczona dla dzieci wydawała mi się ryzykownym pomysłem. Z drugiej jednak strony, przecież także i dzieci żyły i ginęły w getcie, dlaczego więc ich współcześni rówieśnicy nie mieliby poznać dramatu jaki rozegrał w czasie okupacji niemieckiej. Lecz skoro tak, to czy dziecku należy przekazać grozę, która była udziałem ofiar czy też przedstawić obraz wyretuszowany ad usum delphini? Mariusz Szczygielski wybrał to drugie rozwiązanie, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czy to dobrze, czy źle? Trudno powiedzieć, zależy od założeń, od tego czego oczekujemy od książki dotyczącej problematyki historycznej. 


Jeśli Autorowi chodziło o to by już dziecko dowiedziało się, że w Warszawie żyli Żydzi i w czasie wojny groziła im śmierć to cel został, mniej więcej, osiągnięty. Piszę "mniej więcej" bo nie obyło się bez komentarza lektora, który uzmysłowić musiał słuchaczowi niektóre kwestie, delikatnie tylko przez Mariusza Szczygielskiego zamarkowane, jako że prawdę szczelnie owija w zmiękczający kokon. 

Owszem porusza wybrane kwestie istotne z punktu widzenia getta a więc; zagrożenie życia, panujący głód, polski antysemityzm i jednocześnie pomoc ze strony Polaków ale jest to przedstawione w anturażu przygód, spośród których elementy te trzeba wyłuskiwać. Jednocześnie pomija zagadnienia, których poruszanie byłoby niepolityczne jak na przykład; współpracę Żydów z Niemcami, brak solidarności z własnymi rodakami i zróżnicowanie sytuacji Żydów. Wreszcie trudno zorientować się dziecko o co właściwie chodziło z tymi Żydami? Dlaczego właściwie znaleźli się w "Dzielnicy", czy różnili się od Polaków czy nie, czy jeśli już to chodziło o wygląd, czy o coś jeszcze? 

Piszę o tym, nie dlatego bym jakoś specjalnie się czepiał (choć mógłbym czepiać się szczegółów, a jest ich trochę, jak choćby chybiona analogia z Morlokami i Elojami czy zagadkowy sposób w jaki Rafał przeniknął z małego do dużego getta w poszukiwaniu dziadka) ale dlatego, że nie obyło się bez "lektorskiego" komentarza, na potrzeby nieletniego słuchacza. W naszym przypadku i tak książka na starcie miała plus jako że przejeżdżamy często obok cmentarza żydowskiego, szkoła, w której trenuje słuchacz jest na terenie dawnego getta a i w zoo bywamy od czasu do czasu (teraz doszła nowa atrakcja - poszukiwania kryjówek Rafała). Można więc powiedzieć, że wystąpiły "warunki brzegowe" dla zainteresowania książką, o co pewnie dla dzieci, które mieszkają poza Warszawą, trochę trudniej bo czytają/słuchają o rzeczach zupełnie dla nich abstrakcyjnych.

Jakby jednak nie patrzeć, ważne jest, że książka synowi (11 lat) podobała się (bardzo) a to przecież on a nie ja należy do grupy targetowej, zresztą żeby być uczciwym muszę przyznać, że był moment gdzie i mnie w trakcie lektury gardło się trochę ścisnęło. Nie bez znaczenia jest zapewne wartka akcja, prosty język odwołujący się do doświadczeń współczesnego dziecka i w przystępny sposób opisujący nawet tak drastyczne doświadczenie jak zagrożenie śmiercią.

Cóż, wygląda na to, że pisarstwo Marcina Szczygielskiego, który udowodnił po raz kolejny, że można pisać o niebanalnych sprawach dla dzieci, zyskało swojego nowego, młodocianego admiratora, co starszy wiekiem czytelnik przyjął ze zrozumieniem i niniejszym dziękuje Beznadziejnie Zacofanemu w Lekturze za "podpowiedź". 

niedziela, 3 września 2017

Ojciec Goriot, Honoriusz Balzac

Nie ma co ukrywać, nie każda z ponad 90 części Komedii ludzkiej da się dzisiaj bezboleśnie czytać. Swoje zrobił zarówno czas jak i styl Balzaca, który uszczęśliwiałby pewnie reżysera i scenografa teatralnego ale niekoniecznie już czytelnika powieści. Jego "didaskalia" pod względem nudy mogą iść w zawody ze sławetnymi opisami przyrody Elizy Orzeszkowej w "Nad Niemnem". Ale wytrwałość czytelników, którzy zacisnąwszy zęby przebiją się przez nie zostaje sowicie nagrodzona. Prawie dwieście lat i książka, która ciągle jest aktualna, owszem zmieniło się otoczenie i okoliczności ale ludzkie motywacje nie uległy zmianie i pozostają żenująco nieskomplikowane. 


Cóż za bogactwo problematyki dla ponowoczesnej (bo przecież nie innej) krytyki literackiej! Prawie jak u Szczepana Twardocha, czegóż tu nie ma: wykluczenie (lokatorzy pensjonatu pani Vauquer), silnie zaakcentowany wątek feministyczny (m.in. pani de Beauséant), no i widoczny akcent queer (homoseksualizm Vautrina). W sam raz coś do "Tekstów drugich" ale ja wolę trzymać się bardziej tradycyjnych interpretacji opartych na tekście.

Od tej strony patrząc "Ojciec Goriot" jest powieścią o dwóch planach podporządkowanych zasadzie, że pieniądz rządzi światem. Na jednym głównym bohaterem jest zstępująca z teatru życia tytułowa postać, na drugim wstępujący dopiero na arenę Rastignac. I niech nikogo nie zwiedzie tytuł, wcale nie jest oczywiste, który z nich jest tu ważniejszy. Ale przyjmijmy, że z racji statusu pierwszeństwo należy się tragedii zawiedzionej miłości ojcowskiej, choć z drugiej strony, jeśli przyjrzeć się jej sine ira et studio, to niby dlaczego? Czy nie wydaje się dziwne, że stary geszefciarz, który zbił majątek na ludzkiej krzywdzie i wpychający kochanka do łóżka swojej zamężnej córki łudzi się, że zasady które z powodzeniem stosował wobec innych do niego samego nie mają zastosowania?

Przykra sprawa - wyhodować sobie żmije na własnej piersi. Ale przecież "starszy pan" mógł się tego spodziewać. Córki, tak jak on podporządkowały życie pieniądzu, tyle że, na innym poziomie. I dla niego i dla nich pieniądze nie były wartością samą w sobie lecz środkiem zdobycia miłości, tyle że o ile ojciec inwestował (bez powodzenia, jak się okazało) w miłość córek, tak córki inwestowały (z podobnych efektem) w miłość kochanków. Żadne to usprawiedliwienie, chyba że przyjmiemy, że miłość i obowiązek wobec rodzica ma pierwszeństwo przed każdym innym uczuciem.  

Tak czy inaczej, "nieciekawa" sytuacja. Ale co się dziwić tak toczy się ten światek. Zaskakująco zgodni w jego ocenie jest arystokratka, która stwierdza, że "świat to śmietnik; starajmy się utrzymać na wyżynach", kryminalista, gdy mówi: "nie ma zasad, są tylko wypadki; nie ma praw, tylko okoliczności: (...)" i Rastignac, któremu "Świat przedstawiał (...) się jako ocean błota, w którym człowiek grzęźnie po szyję, skoro raz utkwi w nim nogą." I nie wiem, czy wątek tego ostatniego nie jest ciekawszy niż tytułowego bohatera, który zresztą tak wiele miejsca w powieści nie zajmuje. Jest ważny jako punkt odniesienia. Stosunek do niego jest miarą ludzkiej uczciwości i świadectwa jakie daje o sobie człowiek.

Pod tym względem Rastignac tylko pozornie zdaje egzamin, nie przybrał jeszcze tonów bywalca wielkiego świata ale jest na najlepszej drodze do tego, niestety. To dobrze o nim świadczy, że walczy o pozostanie przyzwoitym, choć ma się świadomość, że to walka z góry skazana na przegraną. Nie po to wszak przyjechał by zachować się przyzwoicie lecz by zrobić karierę i stać się finansową podporą rodziny. Finansową - nie moralną. Nic to, że nie godzi się uczestniczyć w planie Vautrina - nie ma przecież wątpliwości, że rzucone przez niego ziarno padło na podatną glebę. Miejmy tylko nadzieję, że nie okaże się do końca kanalią. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Naprzód, Wspaniali!, Edmund Niziurski

Nie wiem, co teraz jest numerem jeden w literaturze dla dzieci i młodzieży, ale odnoszę wrażenie, że nie książki Niziurskiego - przegrały pojedynek z opowieściami o zombie i wilkołakach. Jak to się stało, że książki, na które trzeba było swego czasu „polować” i które czytało się „jednym tchem” dzisiaj zbierają kurz na półkach? Cóż, wydaje mi się, że to co było ich atutem kilkadziesiąt lat temu, jeśli obecnie nie jest wadą to z pewnością też nie pomaga. 


To co było oczywiste dla chłopaka w latach 70-tych dzisiaj jest czymś zupełnie nieznanym. A nie ma co ukrywać, nikt nie lubi rzucania kłód pod nogi w czasie lektury. Co to jest bigbit, o co chodzi z egzekutywą i aktywem, czym był brudas, zieleniak i Kościuszko? To nie wymagało żadnego tłumaczenia, teraz wymaga czasami obszernej glosy.

Wiadomo na czym polegał jeden z głównych atutów książek Edmunda Niziurskiego - na oparciu się na realiach lat, w których powstawały, a potem na ich karykaturalnym skrzywieniu. Przeniesieniu poważnego świata dorosłych w świat „młodszej młodzieży” z przymrużeniem oka, pokazanie że w szarej (z której to szarości zresztą niespecjalnie zdawano sobie sprawę), dobrze znanej rzeczywistości mogą się dziać rzeczy ekscytujące. Zwykłe miasto, zwykła szkoła, zwykli chłopcy. To dzięki temu można się było utożsamić z bohaterami, każdy z nich miał szansę odnaleźć w nich jakąś cząstkę siebie.

Bo kto by nie miał większych albo mniejszych problemów w szkole, w domu czy na podwórku. Kto nie marzył o bohaterskich czynach i nie zazdrościł "ojcom i dziadkom, żałując w głębi ducha, że nie żyjemy w czasach wojny. Koniecznie chcieliśmy zrobić coś wielkiego." "(...) nawiedzały nas okrutne myśli. Patrzyliśmy, czy jakiś litościwy przechodzień nie stłucze szyby wystawowej i nie zrabuje czegoś, żebyśmy mogli rzucić się za nim w pogoń i oczywiście złapać. Albo (...) wyglądaliśmy z nadzieją (...) że może gdzieś się pali i że można będzie walczyć bohatersko z ogniem i wyciągać zaczadzone dzieci z pożaru. Albo spacerowaliśmy po moście, zaklinając w duchu nielicznych przechodniów, żeby któryś z nich zechciał łaskawie zrobić salto do rzeki i topić się, abyśmy mogli skutecznie pospieszyć mu z pomocą. Ale jakoś nikt nie chciał kraść, podpalać ani skakać do wody.

I "Naprzód, Wspaniali!" jest dla takich chłopców. Takich, którzy oprócz emocji dostarczanych przez kolejny odcinek Minecraftu, marzą jeszcze o przygodach w realnym świecie, a jeśli jeszcze ciekawi ich szkolny świat rodziców (a może nawet i dziadków), to tym bardziej książka Niziurskiego jest dla nich. Oczywiście wiele smaczków jest nie do odtworzenia, jak choćby rola gazetki ściennej, dzisiaj pełniącej bardziej funkcję ozdobną a kiedyś propagandowo-ideologiczną, czy idea "Niewidzialnej ręki". Czasy się zmieniły, hierarchia wartości uległa zmianie.

Ale na szczęście powieść Niziurskiego jest przede wszystkim powieścią przygodową z akcją toczącą się w szkolno-podwórkowo-domowym anturażu. Z dowcipem sytuacyjnym i językowym, który gimbazy może nie zawsze jest zrozumiały, ale trzeba przyznać, że tym razem ma prawo go nie chwytać (przynajmniej nie zawsze) ale od czego w końcu są rodzice.  Bez trudu w książce znajduje się już wcześniej sprawdzone z powodzeniem motywy. Są więc redaktorzy szkolnej gazetki ("Księga urwisów"), zrujnowany budynek, sen ("Siódme wtajemniczenie"), tropienie przestępców, emeryci ("Awantura w Niekłaju") ale nie sądzę by można było mówić o wtórności.

Nie jest to może Niziurski w szczytowej formie ale i tak znać klasę. 

niedziela, 20 sierpnia 2017

Teatr niewidzialnych dzieci, Marcin Szczygielski

Czytanie przez dorosłego książki dla dzieci zawsze jest obarczone ryzykiem, dorosły ocenia ją według innych kryteriów ale zdarzają się jednak takie książki, które zwycięsko przechodzą ten podwójny test. Nie jest ich wiele ale jednak są. Ostatnio trafiłem na "Teatr niewidzialnych dzieci" Marcin Szczygielskiego. Przyznam, że mimo informacji o nagrodzie sięgałem po nią "z pewną taką nieśmiałością", która na początku wydawała się jak najbardziej uzasadniona, bo książka pisana jest w początkowych partiach w korczakowskim, łopatologicznym stylu. Potem na szczęście jakoś zanika.


Mariusz Szczygielski dał dowód, że można napisać ciekawą książkę dla dzieci bez smoków i czarów. Co więcej udowodnił, że ciekawa może być książka, której akcja rozgrywa się w rzeczywistości trudnej do ogarnięcia, bo nie jest to ani umowny świat fantasy ani współczesna rzeczywistość lecz Polska roku 1980 a Autor utrudnił sobie rzecz podwójnie bo podjął temat dzieci z domu dziecka. Jest to więc książka o rzeczach, podejrzewam, dla zwykłego dziecka żyjącego w normalnej rodzinie zupełnie abstrakcyjnych - losach dzieci upośledzonych społecznie i realiach prlu-u, w tym, początkach stanu wojennego. Jasne, że dorosły czytelnik pamiętający tamten czas mógłby się do niejednego przyczepić. Sceny, w których zomowiec zabija dziecko albo dzieci w domu dziecka pozostają bez żadnej opieki, to już lekka (łagodnie mówiąc) przesada.

Ale chwała Szczygielskiemu za to, że próbuje przywrócić powieści o dzieciach, coś co wydawałoby się już nie istnieje w natłoku pokrywającym brak głębszej myśli natłokiem przygód i czarów - wrażliwość społeczną. Nie ma co ukrywać, artystyczny wymiar tej wrażliwości daleki jest od tego co przedstawiała "stara" literatura, taka bardzo serio i realistyczna. Bo cóż można powiedzieć - realizm "Teatru niewidzialnych dzieci" dobry jest dla dzieci, żeby jakoś objaśnić im tamten świat a nie wiernym obrazem, można powiedzieć, że generalia się zgadzają, ze szczegółami bywa już różnie. Dzieciom to na szczęście nie przeszkadza. Spotykają się z rówieśnikami "egzotycznymi" poprzez swoje upośledzenie, mają szansę zrozumieć jaką tragedią jest brak normalnej rodziny. Spotykają się z dziećmi, nad którymi opieka roztaczana jest tylko "służbowo", w których poczucie osamotnienia i potrzeba odnalezienia tożsamości walczy o lepsze z potrzebą uczucia i chęcią zwrócenia na siebie uwagi. Wiadomo, dziecko ze zwykłej rodziny też ma swoje problemy ale w zestawieniu z tym, co spotkać może dzieci z domu dziecka, stają się one błahe. I ta gradacja wydaje mi się największą wartością dodaną książki Szczygielskiego ważniejsze jednak jest to, że i mojemu dziecku "Teatr niewidzialnych dzieci" się podobał choć z trochę innych powodów (przede wszystkim za opowieść o "prawdziwym" świecie i dowcip) i to do tego stopnia, że zostałem upoważniony do kupna kolejnej książki Szczygielskiego.  

czwartek, 27 lipca 2017

Pętla, Marek Hłasko

Moje spotkanie z "Pętlą" zaczęło się - że się tak wyrażę - do tyłu, czyli od filmu w reżyserii Wojciecha Hasa. Marek Hłasko miał wyjątkowe szczęście, że ze "spłaszczonej" do bólu słynnej powieści Malcolma Lowry udało się zrobić film, który przeszedł do historii polskiej kinematografii. Takiego szczęścia nie miała natomiast powieść z której Hłasko zrzynał, ups! przepraszam, która była dla niego inspiracją i można tylko zadumać się nad kondycją krytyki literackiej, która broni Hłaskę - zupełnie niepotrzebnie - przed zarzutami wtórności "Pętli" wobec "Straconego weekendu" Charlesa Jacksona, podczas gdy gołym okiem widać podobieństwo "Pętli" do "Pod wulkanem".


Hłasko niespecjalnie się krępował., bo czego by się nie dotknąć brzmi to jakoś znajomo; główny bohater alkoholik, cóż - można powiedzieć przypadek, bo czy alkoholik nie może być już głównym bohaterem literackiego utworu bez podejrzenia o plagiat?! Ale przypadków jest trochę więcej - zamknięta w krótkim przedziale czasu akcja, która odwołuje się do przeszłości, kobieta która chce wyzwolić głównego bohatera ze szponów nałogu, związek który przeżywał wzloty i upadki, wędrówka głównego bohatera, jego śmierć w finale wraz z zapowiedzią, która pojawia się już wcześniej, nie wspominając już o tym, że biografię Kuby Kowalskiego, podobnie jak biografię Konsula w "Pod wulkanem" układa się na podobieństwo puzzli. Strach pomyśleć co by się działo, gdyby Hłasko znał angielski i przeczytał książkę, chociaż pewnie nawet gdyby ją znał bezpośrednio, wątpię by udało mu się konkurować z wieloznacznością Lowry'ego.

Wyszło mu bowiem płaskie jak naleśnik studium wraku człowieka przegrywającego walkę (?) z samym sobą/alkoholizmem i czasem. Kuba Kowalski, ta polska wersja Geoffrey'a Firmina, jakoś nie budzi współczucia, bo trudno żeby budził je ktoś, kto swoje problemy usiłuje załatwić rękoma innych, sam nie potrafiąc zdobyć się nawet na wysiłek zdjęcia słuchawki telefonu z widełek. W nim nie widać nawet próby walki z własną słabością, bo trudno za taką uznać werbalne deklaracje, a gdy przychodzi do czynów to w konfrontacji z rzeczywistością ponosi klęskę. A przecież nie musi nic robić, wystarczy by nic nie robił!

Jego klęska, jego życie, jego sprawa - tak by się wydawało na pierwszy rzut oka ale to tylko pozór, bo jego życie pociąga za sobą ofiary wśród kobiet, które go kochają ( i nie tylko) . Trudno żeby ktoś taki budził współczucie i wśród innych postaci "Pętli" budzi każde inne uczucie tylko nie współczucie - owszem, agresję, wzgardę, politowanie a nawet aprobatę ale nie pełne empatii współczucie. Trzeba jednak być uczciwym, Kuba tego współczucia nie oczekuje, on chce by być traktowanym jak każdy normalny człowiek, tak jak gdyby nic się stało. Ale te jego oczekiwania, to przecież dla każdego, poza nim, oczywista abstrakcja, ktoś kto sam łamie reguły społeczne nie powinien oczekiwać, że w stosunku do niego samego te reguły będą się stosowały jakby nigdy nic się wcześniej nie stało. W prawie karnym istnieje koncepcja "przyczynienia się ofiary", wydaje się że pasowałaby świetnie do finału jaki zgotował sobie Kuba, stał się ofiarą własnych czynów.

Ale co zawinili a właściwie zawiniły, bo ofiarami głównego bohatera "Pętli" są tylko kobiety - w czym Hłasko potwierdza, że jest dzieckiem swoich czasów - jego ofiary? Ich jedyną winą było to, nawet nie to że go kochały ale że miały pecha i stanęły na jego drodze. To one są prawdziwymi ofiarami.

To co w opowiadaniu Hłaski wydaje się najciekawsze to obraz Warszawy połowy lat 50-tych, to dzięki niemu można zrozumieć dlaczego Hłasko był pisarzem kultowym, nawet dzisiaj socjologiczne obrazki z życia miasta robią wrażenie, a w latach dominacji literatury zorientowanej ideologicznie to musiało być na prawdę coś. Opis nieubarwionej rzeczywistości, twardy, bezwzględny realizm, w którym Hłasko przedstawia szary, pozbawiony nadziei świat, w którym ludzie zajęci są tylko sobą i w którym wódka jest celem i środkiem to musiało trafiać do czytelników, którzy widzieli to na co dzień. Ciekawe musiały wydawać się też profetyczne incydenty z pijaczkiem w komisariacie i kelnerką w restauracji (nie mówiąc już o strachu przed telefonem), tak jak ciekawa musiała się też wydawać nielinearnie odkrywana, zresztą nie do końca, historia życia Kuby. Odkrywanie kolejnych szczegółów, to musiało być interesujące, choć w zestawieniu z oryginałem widać, że to, znowu by nawiązać do prawa karnego, "usiłowanie nieudolne aczkolwiek w zamiarze bezpośrednim".